sobota, 26 maja 2012

Niemcy też kombinują

Puls Biznesu doniósł, że niemieccy nieuczciwi podatnicy ukryli na szwajcarskich kontach ponad 80 miliardów euro.
Nie wiem, może we mnie odzywa się jakaś polska negatywna cecha, ale cieszę się, że tą informację ujawniono. Okazuje się, że nie tylko Polacy to cwaniacy, ale i nasi zachodni sąsiedzi kombinują jak mogą, by jak najmniej dzielić się z fiskusem.
Z pewnością Niemcom to chwały nie przyniesie i być może zaczną być traktowani przez inne kraje jak kombinatorzy na równi z Polską.
Dla mnie to jednak bez znaczenia, czy Niemcy to "przekrętasy" czy nie. W pełni jednak rozumiem tych, którzy próbują nie dawać się okradać przez państwo. Nie pochwalam tego, ale rozumiem.

piątek, 25 maja 2012

Za mało dziesiątek w obiegu?

10 PLN, banknot deficytowy
foto: autor

Jakiś czas temu w Angorze pojawił się tekst o tym, jak nas widzą Irlandczycy i na co mają zwrócić szczególną uwagę przyjeżdżając do naszego kraju. Jednym z ostrzeżeń było: za każdym razem jak pójdziecie do sklepu, sprzedawczyni poprosi was o drobne.
I co? Przeniosłem te ostrzeżenia do naszej rzeczywistości i okazało się, że tak naprawdę jest. Obojętnie do jakiego sklepu pójdę, bez znaczenia o której godzinie. Jak na ladzie położę 100 PLN lub nawet 50 PLN, sprzedawczyni poprosi mnie o drobne. I w sumie nie ma to większej różnicy, czy będzie to osiedlowy sklepik, duży supermarket czy... poczta. Zwłaszcza ta ostatnia mnie zdziwiła, bo gdzie jak gdzie, ale na poczcie nie powinno być żadnych problemów z pieniędzmi (zarówno z drobnymi, jak i grubymi).
Dzisiaj uciąłem sobie krótką pogawędkę z jedną sprzedawczynią z mojego osiedlowego sklepiku i ona stwierdziła, że ogólnie to jest bardzo duży problem z drobnymi i, jej zdaniem, jest po prostu za mało banknotów o nominale 10 PLN w obiegu. Podobnie jest zresztą z drobnymi, jak dodała. Coś w tym chyba jest.
Tak sobie myślę, że powinno się wprowadzić więcej drobnych do obiegu, ponieważ nasze społeczeństwo ubożeje i niedługo, zamiast płacić banknotami o nominale 100 PLN lub 50 PLN będziemy częściej używać właśnie dziesiątek lub dwudziestek.
Co mi pozostaje? Chyba mam rozwiązanie na niektóre problemy. Rozbiję skarbonkę mojemu dziecku i wszystkie drobne, jakie tam są wyrzucę w sklepie na ladę. Nie wiem, ile moje dziecko uzbierało, ale myślę, że z 200-300 PLN będzie, więc podejrzewam, że na kilka dni powinienem rozwiązać pani sprzedawczyni (swoją drogą, bardzo miłej) problem z drobnymi. Przynajmniej z bilonem, bo na 10-złotówki nie mam jeszcze pomysłu. Choć w sumie mam pewną koncepcję. Mogę iść ze stówką na pocztę (a jakże!) i kupić znaczek. Potem ustawię się ponownie w kolejce z drugą stówką i kupię drugi znaczek lub pudełko zapałek).

czwartek, 24 maja 2012

Czy Amber Gold to piramida?

Ostatnio nie przyglądałem się zbyt wnikliwie temu, co słychać w Amber Gold. Od mojej ostatniej lokaty (trzymiesięcznej) minął już rok i w zasadzie swoje pieniądze inwestowałem w inny sposób.
Postanowiłem jednak poczytać, co się nowego dzieje z tą firmą. Póki co, nie ma oszukanych, więc teoretycznie wszystko jest ok. Natrafiłem jednak na dość ciekawy artykuł, który chciałbym polecić Wam. Daję Wam tego linka tylko po to, żebyście nie zachłysnęli się potencjalnymi wysokimi zyskami, ale mieli też obraz tego, co wiemy, a czego nie wiemy na temat tej spółki.
Dla mnie najbardziej niepokojący jest brak jakichkolwiek sprawozdań tej spółki. Choć sam mam raczej pozytywny sentyment do Amber Gold (z tej racji, że nie zostałem oszukany), to jednak ostrożność jest wysoce zalecana, bo w tym wypadku nie ma ma zmiłuj. Jak firma padnie, to tracimy wszystko, co zainwestowaliśmy, bo ichniejsze gwarancje są raczej mało wiarygodne.
Osobiście życzę spółce jak najlepiej, ale apeluję jednak do jej włodarzy o większą przejrzystość. Ja rozumiem, że wiele rzeczy może być owianych tajemnicą, ale sprawozdania finansowe są ważne. Skąd ja mam bowiem mieć pewność, że zyski spółki pochodzą ze spreadów na złocie i jego wzroście, a także z pożyczek, a nie na przykład z gry na foreksie?
Zastanawia mnie bardzo, dlaczego Amber Gold nie chce ujawnić mechanizmów swojego działania. Boi się, że pojawi się konkurencja? A może zwyczajnie ma coś do ukrycia?
Jeśli ktokolwiek z Was ma jakiekolwiek doświadczenia z tą spółką (zarówno jako pożyczkobiorca, jak i inwestor), zachęcam do publikowania swoich komentarzy. Najlepiej bazując na jakichkolwiek dowodach, bo naganiaczy i osób krytykujących jest sporo, a mi bardziej zależy na rzeczowych komentarzach.
W wolnej chwili zachęcam też do zapoznania się z komentarzami na tej stronie. Tutaj jednak zalecam zastosowanie odpowiedniego "filtru", bo zarówno naganiaczy jak i malkontentów, którzy nic nie zainwestowali tam jest sporo, a wiadomo, że głosów tych ludzi raczej brać poważnie nie można.

środa, 23 maja 2012

No to umoczyli...

Z lekkim politowaniem czytam te wszystkie artykuły, które pojawiają się na temat akcji Facebooka. Choć z drugiej strony chce mi się trochę śmiać.
Osobiście nigdy nie kupiłbym akcji tej spółki, bo nie ma ku temu żadnych podstaw. Ci co mnie znają, wiedzą jaki jest mój stosunek do Facebooka (sami zresztą też możecie zauważyć, że nie zakładam tam konta w celu promocji bloga). Nie zamierzam się obnażać z resztek swojej prywatności i umieszczać za dużo informacji na swój temat. Bo i po co? I tak już za dużo wiadomo na mój temat i moja aktywność na Facebooku czy innych tego typu stronach jest zbędna.
Zastanawiałem się, w jakim celu ludzie kupowali te akcje? Czyżby wyłącznie po to, by pokazać się znajomym (jak wszystko, co się tam robi)? Z pewnością tak, bo racjonalnych przesłanek ku temu, by nabyć te akcje, po prostu nie ma.
Nie ukrywam, że mam wewnętrzną satysfakcję, że Facebook zanurkował, bo ja jestem wielkim wrogiem tego portalu.
Spółka jest warta ponad sto miliardów dolarów. Przecież to jest śmieszne. Sto miliardów dolarów. Za co, się pytam? Spodziewam się, że cena akcji tej spółki poleci jeszcze niżej.
Fajnie to dzisiaj napisano, że inwestycja w Facebook jest inwestycją na 100 lat. A więc jeśli ktoś ma tyle czasu to myślę, że warto pomyśleć. Może nasi prawnukowie będą mieli z tego korzyść?

wtorek, 22 maja 2012

Jak zostać milionerem?

Tytułowe pytanie jest tak głupie, że aż żałuję, że je zadałem. I podejrzewam, że większość wytrawnych blogerów z doświadczeniem z politowaniem popuka się w czoło zanim tutaj wejdzie. No, ale załóżmy, że znajdzie się taki odważny i przeczyta ten post, żeby zobaczyć co kolejny człowiek wymyślił, by stać się bogatym.
A ja, przewrotnie, nie zamierzam odpowiadać na to pytanie, ponieważ zwyczajnie nie wiem. Są różne sposoby, każdy musi dążyć do tego we własny sposób. Niektórym się uda, większości się nie uda. Dlaczego zatem napisałem taki tytuł?
Zdecydowałem się na niego, ponieważ trochę śmiać mi się chce, jak przeglądam niektóre blogi (sporo z nich to są świeżynki) i młodzi blogerzy dają rady innym, jak dojść do dużej bańki, mimo iż sami jeszcze do niej nie doszli. Ja rozumiem, że chwytliwe tytuły się fajnie sprzedają, ale bez przesady. Jeśli powiedzmy jakiś student daje mi drogowskaz na mojej drodze do miliona to oznacza to, że ja do tego miliona nie dojdę. Bo zdobywanie pieniędzy nie jest rzeczą prostą i wymaga sporych nakładów sił.
Przykładowo giełda, przez swoją cykliczność i nieprzewidywalność nie daje nam możliwości, by tą bańkę zarobić. A jeśli nawet uda nam się wyciągnąć te 20-30% w roku to ja się pytam: od jakiej kwoty? Od 5-10 tysięcy złotych, jakimi dany studencik operuje? I co z tego, że w tym roku udało mu się zarobić 20-30%, jak za jakiś czas może pojawić się jakiś krach i nagle to co zarobi to straci.
Dlatego też wszyscy, którzy sugerują innym, jak mają dojść do miliona lub finansowej niezależności niech sami najpierw do tego dojdą, a potem dzielą się swoimi radami lub sprzedają swoje pomysły.
Ja rozumiem taką sytuację, że jest gość, który np. przez 15 lat doszedł do finansowej niezależności i teraz np. opisuje swoją drogę, daje rady, przestrzega przed pułapkami, itp. Ale jeśli jakiś młodzian mi opisuje, jak mam zostać milionerem licząc np. na moje kliki w reklamę za 10 groszy to trochę to jest śmieszne.
Inna sprawa, że ci, co zarabiają, stają się milionerami czy już się nimi stali, nie mają czasy na bzdury typu prowadzenie blogów. Oni po prostu "trzepią kasiorę". I chyba o to chodzi. Zamiast mówić o zarabianiu pieniędzy, lepiej je zarabiać.

poniedziałek, 21 maja 2012

Już nie mogę tego czytać!

To już jest nie do zniesienia. Kursy walut idą w górę, a media rozpaczają, że osoby, które wzięły kredyty w innych walutach niż w złotówkach, będą przechodziły trudny okres w życiu, bo ich rata się zwiększy.
To może i było ciekawe kilka lat temu, ale teraz zaczyna być to już żenujące, a nawet irytujące. Co mnie obchodzi, że ktoś wziął kredyt np. pół miliona złotych we frankach i teraz mu rata podskoczyła?
Po pierwsze, żeby wziąć kredyt we obcej walucie trzeba było mieć wyższą zdolność kredytową niż pozostali, więc na biednych nie trafiło. Po drugie, kredyt hipoteczny nie powinien być okazją do spekulacji, więc jak ktoś chciał na kredycie zarobić, to się obudził z ręką w nocniku.
Jeśli ktoś bierze kredyt w walucie, to musi być świadomy tego, że kursy będą się wahały, więc teraz nie ma powodów do rozpaczy, tylko trzeba przyjąć to do wiadomości, że jesteśmy na górce i tyle.
Ostatnio rozmawiałem z jedną dość mądrą osobą i uznaliśmy, że media tak marudzą o tym, bo się martwią tak naprawdę o tych bogatych, którzy pobrali wielomilionowe kredyty na zakup wielu domów. I to tak naprawdę mediom żal jest tych ludzi, a nie przeciętnych Kowalskich, którzy swoje kredyty spłacają. Zaciskają zęby i spłacają, bo nie mają innego wyjścia.
Pytanie jednak, co jest powodem tego, że tak się pisze o kredyciarzach w obcych walutach? Ja tego nie wiem. Nie wierzę, że dziennikarstwo aż tak bardzo spadło na psy, że nie ma innych tematów, tylko przy każdym, nawet delikatnym skoku kursu walut, od razu się pisze o tym, że kredyty podskoczyły i kredyciarzom będzie trudniej. Jak wspomniałem, na biednych nie trafiło.

Najpopularniejsze posty

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...