Jeśli zamierzamy oszczędzać długoterminowo, jak na przykład w moim wypadku, dla dziecka, być może jedną z alternatyw jest po prostu zamiana oszczędzania na inwestowanie?
Tak naprawdę oszczędzając pieniądze dla dziecka, nie stawiamy sobie jakiegoś konkretnego celu, ile chcemy zaoszczędzić. A nawet jeśli jakiś cel się pojawia, to nie wiemy, ile takie pieniądze będą za ileś lat warte. Skoro tak dużo niewiadomych nam się pojawia, więc może jest to dobra okazja na to, by poobracać tymi pieniędzmi agresywniej?
Tak jak pisałem kiedyś,
oszczędzam po 10 PLN tygodniowo (plus druga dyszka pochodzi od małżonki). Rocznie mamy z tego około 1000 PLN. Jako że w oszczędzanie bawimy się już ponad rok, więc z tych drobiazgów uzbierało się dużo ponad 1000 PLN. Kwota niewielka, ale
może warto te środki już przeznaczyć na zakup jakiejś solidnej spółki (np. dywidendowej)?
Jeśli spółka wypłaca regularnie dywidendy, to same dywidendy powinny pozwolić na to, że akcje w dużej części spłaciłyby się. A jeśli spółka jest solidna, to jest nadzieja, że jej wartość również będzie wzrastać.
Jak wspomniałem wcześniej, nie mamy jakiegoś konkretnego celu oszczędzając te pieniądze, więc czy za 15 lat uzbiera się 10 000 PLN, czy 20 000 PLN czy nawet 30 000 PLN, to nie robi różnicy, bo i tak nie wiemy, ile chcemy uzbierać. Dlatego też gra na agresywniejszych instrumentach jest, paradoksalnie, bezpieczna. Faktem jest również, że dziecko za kilkanaście lat będzie miało jakieś pieniądze. Nie wiadomo jeszcze jakie, ale jakieś na pewno, więc z pewnością nie będzie z niczym. Inna sprawa, jeśli będziemy w miarę logicznie działać na rynku (czyli ucinać w miarę szybko straty - powiedzmy godząc się na stratę kapitału rzędu 15%), to nie powinno być tragedii.
Temat jest godny zastanowienia. Na pewno minusem jest to, że kapitał jest stosunkowo niewielki. Plusem jest jednak to, że prowizje go za mocno nie zjedzą, bo jednak w tych 0,39% się zmieszczę (chyba, że zdecyduję się na brokera, który mniejsze prowizje pobiera).